Swoją drogę zawodową rozpoczęła jeszcze w trakcie studiów w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Prowadziła ją ona kolejno przez najlepsze sceny teatralne, pracę u wybitnych reżyserów, kinowe hity i topowe seriale. Jak twierdzi, lata pracy nauczyły ją „odpuszczania”. W jednym z wywiadów Ostaszewska opowiadała o ciąży podczas pracy nad spektaklem „Anioły w Ameryce” Krzysztofa Warlikowskiego. Po raz pierwszy wówczas poczuła, że nie musi „wykrwawiać się na śmierć” dla każdej roli. Dziecko, które nosiła, pozwoliło jej rozłożyć energię i zobaczyć proporcje między pracą a życiem. I choć wciąż sporo pracuje, nie musi już niczego nikomu udowadniać.
Dzieciństwo w duchu zen
Pięćdziesięcioczteroletnia dziś Ostaszewska wychowała się w Krakowie, w rodzinie artystycznej. Jej ojciec, Jacek Ostaszewski, to kompozytor, flecista, kontrabasista i współtwórca awangardowej grupy Osjan. Dziadek, Tadeusz Ostaszewski, był rzeźbiarzem i profesorem Akademii Sztuk Pięknych, zajmował się również scenografią. Z kolei babcia, Krystyna Dębowska-Ostaszewska, była aktorką teatrów krakowskich. Warto dodać, że rodzina Ostaszewskich wywodzi się ze szlacheckiego rodu herbu Ostoja, sięgającego XIV wieku! Powiedzieć, że Maja urodziła się w zacnej rodzinie – to jak nic nie powiedzieć.
Jej dzieciństwo nie było typowe dla dziewczynki dorastającej w Krakowie. Rodzina Ostaszewskich była nie tylko uzdolniona artystycznie, ale też niekonwencjonalna i mocno związana z duchowością. Przez pewien czas przyszła aktorka mieszkała z rodzicami w Karkonoszach, w Przesiece, w ośrodku buddyjskim. W wywiadzie dla „Vivy!” Maja bardzo dobrze wspomina ten czas. Nie przeszkadzało jej nawet, że musiała dojeżdżać do szkoły. Pamięta dni, gdy wracała kilka kilometrów z przystanku autobusowego drogą prowadzącą wzdłuż potoku. „Oswajałam przyrodę i się nią syciłam. (…) Ojciec współpracował wtedy z Centrum Badań Twórczości Grotowskiego we Wrocławiu. Bardzo dużo podróżował, odwiedzali nas muzycy z całego świata. Rodzice praktykowali japoński zen, więc często przyjeżdżali do nas mistrzowie buddyjscy. Na tle ówczesnej szarej rzeczywistości u nas w domu było bardzo kolorowo. Wtedy zrozumiałam, że świat jest różnorodny. Nie bałam się inności” – mówiła dziennikarce magazynu.
Niezwykła nastolatka
O tym, że chce zostać aktorką, wiedziała już w wieku sześciu lat. W liceum, zamiast typowych dla ówczesnych nastolatków fascynacji wybierała spektakle Krystiana Lupy czy Tadeusza Kantora a wieczorami czytała wiersze Baudelaire’a. Nie poszła nawet na studniówkę, uznając to za stratę czasu. Zamiast spędzać czas z rówieśnikami, kolegowała się ze znajomymi swoich rodziców. Sama po latach ocenia ten etap z dystansem, przyznając, że ominęła ją część doświadczeń charakterystycznych dla dorastania. „Nie byłam zwykłą nastolatką” – stwierdziła w wywiadzie dla magazynu „Elle”. Ale to niedopasowanie dało jej pewność, że jedną z największych wartości jest wolność i moc decydowania o sobie.
Po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego im. Zofii Nałkowskiej w Krakowie nie miała wątpliwości co robić dalej. Jednak do PWST w rodzinnym mieście dostała się dopiero za drugim razem. Studiowała w czasach, gdy mogła obserwować prace wybitnych reżyserów i pedagogów. Po ukończeniu szkoły w 1996 roku jej droga zawodowa prowadziła z Krakowa i tamtejszych scen – Teatru Dramatycznego i Starego Teatru – do Warszawy: na deski Teatru Rozmaitości i Teatru Narodowego. Od lat aktorka związana jest również ze stołecznym Nowym Teatrem i twórczością Krzysztofa Warlikowskiego.
Aktorzyca
Ostaszewska ma już na koncie niemal 40 tytułów. W filmie debiutowała w 1993 roku epizodem w oscarowej „Liście Schindlera” Stevena Spielberga. Ale jej kolejne kinowe kreacje to już większy kaliber: „Przemiany”, „Body/Ciało”, „Jack Strong”, „Zielona granica”, „7 uczuć”, „Chopin, Chopin”. Pod koniec września do polskich kin trafiła najnowsza ekranizacja „Lalki” Bolesława Prusa w reżyserii Macieja Kawalskiego. W filmie tym Ostaszewska wcieliła się w rolę baronowej Krzeszowskiej.
Ważnym tytułem w filmografii aktorki jest „Katyń” Andrzeja Wajdy. Ostaszewska zagrała w nim główną rolę kobiecą – Annę, żonę zamordowanego przez Rosjan polskiego oficera. Podczas konferencji prasowej aktorka powiedziała, że film powinien być przypomnieniem o ludzkiej tragedii, a w rozmowie z portalem Onet.pl wyznała, że grając Annę, czuła się tak, jakby wcielała się w swoją prababkę lub babkę, która w podobny sposób czekała na powrót męża, nie tracąc nadziei do ostatniej chwili. „Dla mnie ogromnie poruszające było, kiedy po pokazie prasowym podeszli do nas członkowie Rodzin Katyńskich; bardzo wzruszony starszy pan powiedział, że w filmie wyglądałam jak jego matka – widziałam łzy w jego oczach. To były dla mnie najważniejsze recenzje filmu” – powiedziała Ostaszewska.
Patrzę na Ciebie, Maju
W 1999 roku polski młody reżyser Łukasz Barczyk szukał odtwórczyni głównej roli do swojego debiutanckiego filmu „Patrzę na Ciebie, Marysiu”, inspirowanego fragmentem powieści polskiej noblistki Olgi Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny”. I nie wyobrażał sobie w tej roli nikogo innego niż Maja Ostaszewska. Widział ją wcześniej w kilku spektaklach Teatru Telewizji i skrycie w niej podkochiwał. Jednak ani w trakcie pracy na planie, ani po premierze nie zdradził się ze swoimi uczuciami. Aktorka też niczego nie przeczuwała. Za to po premierze zgodziła się na kolejne projekty z Barczykiem. Zrobili razem spektakle „Beztlenowce” i „Fantom” oraz film „Przemiany”, który przyniósł Ostaszewskiej nominację do Polskich Nagród Filmowych Orły oraz Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. A gdy „Przemiany” weszły do kin – byli już parą.
Ostaszewska nie wyobrażała sobie jednak być aktorką jednego reżysera. Przyjęła więc rolę w popularnym serialu „Na dobre i na złe”, która bardzo ją wciągnęła. Mieli dla siebie coraz mniej czasu, a ich drogi zaczęły się rozchodzić. Nie pomogła nawet wspólna podróż do Nepalu, o której marzyli od dawna.
Bez ślubu
Przełomem w ich wspólnym życiu okazał się projekt „Solidarność, Solidarność” – zbiór etiud wyreżyserowanych przez Małgorzatę Szumowską, zrealizowanych dla uczczenia wydarzeń Sierpnia ’80. Był rok 2005. Szumowska pamiętała Ostaszewską z filmów swojego przyjaciela, Łukasza Barczyka. Zaprosiła ją więc do etiudy zatytułowanej „Ojciec”. Na planie za kamerą stanął ówczesny mąż reżyserki, operator Michał Englert. Ponoć w trakcie pracy Maja tak mocno nim się zauroczyła, że… odbiła go Szumowskiej. Jak było naprawdę, wiedzą tylko bohaterowie tego trójkąta miłosnego, ale nigdy nie wypowiedzieli się publicznie na ten temat.
Englert rozwiódł się, kiedy się okazało, że Ostaszewska jest w ciąży. Dwa lata po pierwszym spotkaniu aktorka i operator powitali na świecie syna, Franciszka, a dwa lata później córkę, Janinę. Dziś razem idą przez życie, choć wciąż nie zdecydowali się na ślub. Co ciekawe, Maja przyjaźni się z Małgorzatą Szumowską i nadal gra w jej filmach, w których za kamerą stoi… Michał Englert.
Na luzie
Jak to możliwe? Zapytana o receptę na udany związek aktorka podała między innymi: miłość, przyjaźń, wspólne pasje, poczucie humoru, ale także lojalność i wzajemne zaufanie. „Nie mogę powiedzieć, że jestem zupełnie wolna od zazdrości, ale coraz bardziej przekonuję się, że ważniejsze jest to, co dzieje się, kiedy jesteśmy razem, niż rozmyślanie o chwilach, kiedy nie jesteśmy” – wyznała w rozmowie dla tygodnika „Dobre chwile”.
Dziś Ostaszewska ceni w sobie najbardziej fakt, że wreszcie „się od siebie odczepiła”. Kiedy była młodsza, ciągle coś jej się w sobie nie podobało. Teraz docenia to, co osiągnęła prywatnie i zawodowo i to samo zaleca innym. W rozmowie z dziennikarką magazynu „Zwierciadło” wyraziła to wprost: „Myślę, że wszyscy powinniśmy się trochę od siebie odczepić i dać sobie nawzajem żyć. A jeśli tak bardzo chcemy zmieniać świat – zacznijmy od samych siebie”.
Małgorzata Matuszewska

